12 stycznia 2008
Zapostowano w Blogowo o 15:34:51
No to są.
A po ostatniej Zuzance mi się za greckimi knajpami znowu zatęskniło. Darmowe wino? Darmowy deser, ot tak? Porcja na pół? Donoszony chleb do smarowania sobie oliwą i radosnego jedzenia w oczekiwaniu na fud właściwy? U nich to standard.
A nawet gdy mi pan raz zapomniał zamówienia, to tak się potem naprzepraszał, że rety.
Permalink
06 stycznia 2008
Zapostowano w Blogowo o 20:36:23
W kopiach roboczych czeka relacja z wycieczki na wyspy, która jednak mi się nieoczekiwanie zaczęła rozrastać. Jej skończenia życzę sobie na 2008; wam? może niekoniecznie. Teraz jednak braindump z kilku luźnych okołowycieczkowych uwag, zanim mi totalnie wylecą z głowy.
Wygląda na to, że każdy kraj ma swoich Rosjan. Nie myślę jednak o nowobogackich turystów ociekających kawiorem, a nacji zajmującej się handlem piratami. Więc tym, czym u nas zajmują się hordy Rosjan na Stadionie (i w innych miejscach), w Grecji obsługują murzyni. Jest ich mnóstwo. Na każdym rogu widać jakiegoś ze stertą płyt wątpliwego pochodzenia.
A do tego w wielu popularnych miejscach rozkłają się oni z białymi prześcieradłami, na których mają rozłożone jakieś torebki (i inne goodies), które spodobałyby się Joli Szczypińskiej. Zabawnie jest, gdy idzie cynk, że nadchodzi policja. Prześcieradła są wówczas w trzy sekundy zwijane i na ulicy pojawia się biegnąca horda czarnych twarzy z białymi worami. Sprawni są, skurczybyki.
tsd, chyba kiepsko u Greków z broadbandem, skoro jest taka podaż pytek.
Grecy są fajnie hojni. Do obiadu w knajpie dostaliśmy on the house deser. Do większych zakupów w sklepie właściciel dorzucił paczkę cukierków. Za pochwalenie wina w innej knajpie -- więcej wina. Zapewne wysokie temperatury wpływają na ogólne wyluzowanie mentalne.
Także na wyluzowaną pracę. W środę, gdy chciałem nakupić jedzenia do domu, wszystkie sklepy okazały się być zamknięte; skutkiem czego zamiast tony oliwek przywiozłem jeden symboliczny słoiczek z dutyfree i żadnej fety i w ogóle nic specjalnie fajnego poza alkoholami. Granda, granda.
Dużo zwierząt na ulicach, tak psów, jak i kotów. Więcej będzie na fotkach, których obróbka (skrawaniem) trwa, ale to chyba jakaś prawidłowość, że im bogatszy kraj, tym mniej zwierząt ma. Przynajmniej w Europie mi się sprawdza. Irlandia, Szwecja, Hiszpania -- malutko. Grecja, Polska, Ukraina -- hordy.
Lotnisko w Atenach buce, bo bez paperslipa biletu nie uwierzyli, że opłaciłem bagaż. W emaila pokazanego z laptopa uwierzyli.
Piwo greckie jest tak syfne, że Heineken przy nim to arcydzieło browarnictwa. Za to wino jest tanie i dobre.
Grecki alfabet to małe zmartwienie przy nauce tego języka, bo nie taki duży i (przy znajomości cyrylicy zwłaszcza) jednak istotnie podobny. Gorzej że pracowicie rozcyfrowane słowa wcale nie zaczynają czegokolwiek przypominać.
Fajerwerków o północy praktycznie nie było.
Permalink