Elementy zbrodni (1984)

Z jakiegoś powodu filmy Triera mi się zakodowały w głowie jako początek mojego oglądania takego nieco poważniejszego kina. Jako młode i naiwne dziecko w okresie licealnego egzaltowania trafiłem na Przełamując fale i, obejrzawszy, uznałem, że jest to film absolutnie genialny. Potem obejrzałem Królestwo, które było miłą rozrywką, nawet jeśli męczącą wizualnie, potem Tańcząc w ciemnościach, które jeszcze robiło wrażenie dobrego kina, i, w końcu, Dogville. Na którym się zupełnie zawiodłem. Gdy dodać do tego jeszcze niedawno obejrzaną Melancholię, która mnie zawiodła, prosty z tego wniosek, że to nie Trier był geniuszem, który z czasem stracił na jakości, tylko raczej ja zacząłem z doświadczeniem coraz więcej oczekiwać. No ale kino wymaga poświęceń, więc gdy dziś w repertuarze osiedlowego kina znalazły się Elementy zbrodni – pierwszy film Triera – postanowiłem z tego skorzystać.

Na jakimś zadupiu gdzieś w Niemczech popełniane są seryjne zbrodnie. Do ich wykrycia ściągany jest policjant, który korzysta z metody opracowanej przez swojego guru, a która polega na całkowitym wczuciu się w potencjalnego przestępcę – swoistym przejęciu jego życia, podążaniu jego krokami i liczeniu, że coś z tego wyjdzie. No i wychodzi, tylko nie do końca to, co miało.

Dziwny to film. Zdecydowanie inny od tego, co Trier zaczął kręcić później. Nie ma w nim trzęsącej się kamery, jest sztuczne oświetlenie (fakt, że symboliczne), jest dogrywana muzyka. Od strony konwencji jest to noir do kwadratu – jeszcze mniej światła, jeszcze więcej deszczu (który jest dosłownie wszędzie), jeszcze więcej palenia papierosów i ogólnego brudu oraz syfu. Dodatkowo ponieważ wszystko jest podane jako opowieść osoby w hipnozie, całość jest mocno oniryczna. Fabuła jest, ahem, niespieszna, obrazy są mocno symboliczne, postacie i scenografie wykreowane w sposób przejaskrawiony, a czasami przechodzący w absurd.

Mam problem z podsumowaniem. Jako film do obejrzenia ot tak sobie to zdecydowanie porażka – znudzi i fabularnie i, od pewnego momentu, technicznie. Ale jego totalne odrealnienie na swój sposób mnie wciągnęło. Ioraz dzięki Elementom uznałem, że trochę szkoda, że Trier poszedł w Dogmę; gdyby rozwijał swój pierwotny styl, mogłoby z tego coś ciekawszego dziś wyjść.

Frozen River (2008)



Smutna historia dwóch kobiet, które będąc bez kasy, bez sensownego domu i bez żadnych perspektyw idą w szmuglowanie ludzi przez granicę USA. Jedna z nich jest biała i wnosi do spółki odpowiedni samochód, a druga z Mohawk – dzięki czemu ma przejście przez rezerwat, na który State Troopers nie mają wjazdu, oraz dysponuje odpowiednimi znajomościami. Jak to z reguły bywa – na początku idzie dobrze, aż za którymś razem dzieje się coś niestandardowego i zaczynają się kłopoty.

Jeden z tych filmów, który jednocześnie zgarnął multum nagród na mniej mainstreamowych festiwalach, jak i został zauważony przez krytyków od wujka Oskara, czego efektem były dwie przyznane nominacje. O ile jedna była absolutnie uzasadniona (dla głównej roli kobiecej), to druga, za oryginalny scenariusz, niezbyt. Ten film ma kilka mocnych stron, jednak żadną z nich nie jest jednak historia, banalna (nawet jeśli smutna), przewidywalna i z łatwym do zgadnięcia morałem. Za to są ładne zdjęcia, na których jest ciemno, brzydko i zimno; wprawdzie nie tak zimno, jak w Fargo czy Kronikach portowych, i nie tak brzydko jak w, powiedzmy, Zapaśniku, ale podobny nastrój. Aktorstwo współgłównej roli kobiecej jest może i jeszcze lepsze od roli nominowanej. Spodobała mi się też nienachalna, ale dobra muzyka – o ile jeśli ktoś lubi country i okolice.

No sam nie wiem. Oglądając, robi się smutno i współczujemy, ale to jest chyba tylko skuteczne granie na emocjach, a to jeszcze nie czyni wybitnego filmu. Przypuszczam, że nie zapamiętam go na wiele lat. A swoją drogą trochę jest on podobny do późniejszego Winter's Bone, gdzie też jest zimno, biednie i beznadziejnie (i które też było uznane zarówno przez okolice Sundance, jak i Kodak Theatre; widać mainstream lubi off tego typu). Ale W.B. do mnie bardziej przemówił. Może bo go widziałem jako pierwszy, teraz mi ciężko powiedzieć.

Tyle dobrego, że happy end tego filmu jest w zasadzie pozorny. Bo nic się nie zmieniło, był syf, będzie syf.

reboot 2

No to widać, jak wyszedł poprzedni. Teraz spróbuję jeszcze raz, ale z innym założeniem – będzie tylko o filmach. O każdym, który obejrzę, ale o niczym więcej. Bo dość dużo oglądam i okazjonalnie miewam nawet jakąś myśl o tym, co widziałem. Ale przede wszystkim – bo zapominam, co widziałem. Więc niech to będzie forma publicznego zeszytu z notatkami. HT Zuza.